logo

 
Rezerwat "Świdwie" zaprasza
 
  • Home

Rykowisko w Rezerwacie Świdwie

W tym roku rykowisko zaczęło się stosunkowo późno bo dopiero pod koniec pierwszej dekady września. Wprawdzie już w ostatnich dniach sierpnia tu i tam postękiwał basem jakiś byk, ale bez większego przekonania. Fotograficy kryjący się wokół rezerwatu „Świdwie” po kilku godzinach bezowocnego wyczekiwania odchodzili w minorowych nastrojach. Co było minęło, od kilku dni oszołomione testosteronem byki wzięły się ostro do pracy i ryczą nawet w czasie jasnego dnia pozując tkwiącym po drugiej stronie obiektywu podglądaczom, pewnie też solidnie oszołomionym i podnieconym panującą atmosferą.

Ubiegły bardzo suchy rok nie sprzyjał rykowisku, głównie z powodu braku  obfitości grzybów. Jak brak grzybów brak i grzybiarzy. W puszczy panuje cisza, nikt nie płoszy zwierzyny, jelenie mogą odprawiać swoje harce godowe gdzie tylko mają ochotę. Rykowisko rozprasza się na dużym terenie po obydwu stronach granicy w polskich i niemieckich lasach. W bieżącym, bardzo mokrym roku po kilku już „wysypach” grzybów jelenie schroniły się w rezerwacie gdzie intensywnie zajęły się prokreacją. 

Ten rok już od wiosny zapowiadał się bardzo dobrze. Zaraz po zrzuceniu starych wieńców byki zaczęły formować nowe poroże, często grupując się w duże stada. Dotychczas latem pędziły samotniczy żywot lub łączyły się w małe stadka liczące po kilka osobników. Obecnie obserwowane są często duże stada co tłumaczy się zwiększoną presją sporej watahy wilków grasujących w puszczy. Łanie z cielakami ten zwyczaj kultywują już od dawna grupując się stada liczące do nawet 150 osobników. W ubiegłym roku znaleźliśmy kilkanaście jeleni zabitych i zjedzonych przez wilki, zawsze były to łanie lub młode. Obecnie wszystko wskazuje że byki też zaczęły bać się wilków zwłaszcza w okresie gdy zrzuciły poroże lub dopiero wyrasta im nowe jeszcze nieprzydatne do obrony.

Stado „majowych” byków. Foto: Przemysław Wójcik

Zdjęcie prezentuje czterdzieści byków, w stadzie było ponad sześćdziesiąt jednak obiektyw nie obejmował wszystkich, zaś fotografik nie mógł nawet ruszyć się by nie spłoszyć całego towarzystwa. W tym czasie poroże byków dopiero w fazie wzrostu nie wygląda zbyt groźnie. Tępo zakończone tyki pokrywa scypuł czyli miękka „zamszowa” skórka bardzo silnie ukrwiona. Drobne uszkodzenia, zadrapania lub ranki często są przyczyną nieznacznych krwotoków

 

Stado „lipcowe”. Foto: Przemysław Wójcik

W lipcu scypuł wysycha i jest ścierany przez zwierzęta, czasami odpada w dużych płatach, wieniec rośnie aż do osiągnięcia pełnego rozmiaru, końce tyk robią się ostre. W sierpniu uaktywniają się komórki śródmiąższowe produkujące testosteron, byk jest gotowy do rykowiska. Skończyła się sielanka jak na zdjęciach powyżej teraz zaczyna się rywalizacja o przekazanie swoich genów potomstwu. Byki ryczą, brutalnie kopulują z łaniami, bronią haremów przed konkurencją, czasami walczą między sobą. Rzadko kiedy pojedynki kończą się ciężkimi ranami lub nawet śmiercią jednego z uczestników. Rozgałęzione wieńce nie pozwalają na zadanie poważniejszych ran, poroże chroni właściciela przed ciosami. Rywalizacja polega głównie na wykazaniu, który z panów jest silniejszy i wypchnie przeciwnika z pola walki, chyba że w starciu uczestniczy byk nie posiadający bocznych odrostów od tyki tzw. szydlarz dysponujący śmiercionośnym orężem. Wtedy nawet najsilniejszy byk może stracić życie.

Ryczący byk. Foto: Przemysław Wójcik

Po kilku tygodniach intensywnych zajęć osłabione wysiłkiem i postem byki odłączają się od swoich haremów, zaszywają w niedostępnych rojstach, intensywnie żerują i leczą rany. Łanie, zwłaszcza te bardziej ponętne też leczą rany powstałe skutkiem brutalnych karesów samców bądź w momencie przypomnienia o potrzebie wierności.

Często słyszymy pytanie: „ dlaczego byki mają a łanie nie mają rogów ?”.Odpowiedź jest dość prosta, wszystkie nasze jeleniowate czyli jelenie, sarny, daniele i łosie żywią się roślinnością zawierającą stosunkowo dużo związków chemicznych budujących, kości, rogi. Nadmiar substancji budulcowych samce odkładają w porożu, które cyklicznie odrzucają. Samice wbudowują te związki chemiczne w szkielety potomstwa. U reniferów żywiących się silnie zmineralizowanymi mchami i porostami stężenie soli wapnia i fosforu jest tak znaczne że samice też muszą usuwać je poprzez budowę i zrzucanie poroża.

KO

Czajka

Starszym osobom choć tylko trochę zainteresowanym przyrodą nie trzeba przedstawiać czajki bo z pewnością pamiętają jej charakterystyczny lot, skontrastowane ubarwienie i żałosne kiwitt, kiwitt słyszane już od wczesnej wiosny. Czajka niezbyt boi się ludzi toteż często pozwala sobie na zbliżenie się i kilka badawczych lotów wokół idących spokojnie ludzi ale tylko wtedy gdy sama tego chce. Gdy inicjatywa zbliżenia pochodzi od człowieka obawa przewyższa ciekawość, krążąca czajka wykazuje oznaki zaniepokojenia i zdecydowanie zwiększa dystans. Bliskość gniazda wzmaga niepokój ptaków, które próbują odstraszyć a  nawet pozorują ataki na intruza.

 

Czajka w locie. Foto: Cezary Korkosz

Jeszcze 50 - 60 lat temu czajka była ptakiem dość pospolitym by obecnie stać się gatunkiem rzadko spotykanym, na części terenów zagrożonym w swoim istnieniu. Po wprowadzeniu dopłat rolnośrodowiskowych populacja czajki lokalnie, systematycznie wzrasta co może oznaczać że przyjęte metody ochrony sprawdzają się. Między innymi dla potrzeb czajek wprowadzono ten system  zachęcający rolników do późnego, ekstensywnego koszenia łąk i tworzenia dzięki temu sprzyjających ciekawym, ciekawskim, sympatycznym ptakom dobrych warunków żerowiskowych i lęgowych.

Główną przyczyną spadku populacji jest degradacja i ograniczenie powierzchni siedlisk. Czajki preferują rozległe, płaskie, podmokłe a nawet częściowo zalewane wiosennymi wodami łąki. Muszą być porośnięte niską trawą, bez drzew, krzewów i kęp wyższych badyli zasłaniających widok samicy wysiadającej jaja. Z braku stosownych łąk zdarzało się gniazdowanie na polach uprawnych. Strategię obrony lęgów czajki opierają na wczesnym wypatrzeniu wroga i gromadnym ataku. Obserwowaliśmy jak czajki zaatakowały sporego dzika, który nieopatrznie zbliżył się do kolonii. Dziczysko pewnie stwierdziło że posiłek z kilka małych jajek nie jest warty tego całego harmideru, bolesnych ciosów ostrych dziobów, zagrożenia utraty oka i wycofało się chyłkiem. System doskonale działa skoro w sąsiedztwie czajek, korzystając z ich ochrony gnieżdżą  się bardziej bojaźliwe siewki; kuliki wielkie, brodźce, łęczaki i inne.

 

Czajka na gnieździe. Foto: Przemysław Wójcik

Mapa zasięgu czajczych legowisk wskazuje że zamieszkują one pas niżowy od Hiszpanii po wschodnie wybrzeża Azji. Według wielu źródeł ponoć więcej niż połowa czajczej populacji żyje w kilku krajach europejskich w tym szczególnie dużo w Polsce i Niemczech To stwierdzenie budzi poważne wątpliwości, skoro jesteśmy czajczym Eldorado to dlaczego tak niełatwo spotkać te ptaki. Pewnie to wina figlarnej statystyki. Sprawozdawczość bardzo modna kilka dziesięcioleci temu w pewnej gminie ujawniła że pszenicę zebrano z dużo większego areału niż obsiano, z liczebnością czajek może być podobnie.

Czajki przylatują do nas bardzo wcześnie nawet z końcem lutego, jeśli zima nie przedłuża się nadmiernie.  Po wyborze rejonu gniazdowania samiec emabluje jedną lub kilka samic. Stara się zwrócić na siebie uwagę, fruwa w podnieceniu wykonując różne figury powietrzne, kręci ciasne zwroty, beczki, gwałtownie nurkuje lub wznosi popisując się zupełnie jak pilot akrobata. Gdy tylko, któraś z samic okaże zainteresowanie, otrzymuje propozycję wyboru dołka na gniazdo. Samiec przygotował kilka takich dołków wcześniej. Wybór jednego z nich oznacza że oświadczyny zostały przyjęte, dama „łaskawie powiedziała tak”. Zdarza się że słowo „tak” padnie z dziobów kilku, nawet czterech samic, wtedy wielożenny samiec musi wobec każdej z nich spełnić obowiązki prokreacyjne. Młody, niedoświadczony ogranicza się do jednej partnerki. Po miłosnych uniesieniach samice przystępują do składania i wysiadywania jaj, trwa to 3-4 tygodnie. W rodzinie poligamicznej samiec kolejno zastępuje każdą samicę przy wysiadywaniu jaj. Całe rodziny wraz z sąsiadami bronią lęgów przed drapieżnikami, czajki są bardzo waleczne potrafią nawet atakować agresora boleśnie dziobiąc go w czułe miejsca. Pisklęta pod opieką matki opuszczają gniazdo wkrótce po wykluciu, potrafią same zdobywać pokarm. Po kilku tygodniach już jako lotne ptaki włóczą się w stadach po okolicy, być może już wtedy poszukują miejsca sposobnego do lęgów. Pod koniec lata czajki zbierają się w duże stada i odlatują do Europy Zachodniej lub w strefę zwrotnikową od Maroko do Chin. Część czajczych zimowisk zamieszkują muzułmanie mogący legalnie posiadać cztery żony i kto wie czy czajki nie zaadaptowały tego zwyczaju dla swoich potrzeb.

W rezerwacie Świdwie dotychczas gniazdowało kilkanaście czajczych rodzin, niewiele o nich wiedzieliśmy bo okupowały tereny chronione szerokim pasem zalanych wodą trzcinowisk. Na południowym skraju leży łąka nr 188 potencjalnie bardzo atrakcyjna dla czajek. Niestety zarastała ją nawłoć kanadyjska i krzewy czeremchy amerykańskiej. Obydwa niegdyś zawleczone z drugiej półkuli ekspansywne gatunki widocznie przeszkadzały ptakom łąkowym, które nie przejawiały zainteresowania jej terenem. W 2016 roku dzięki dotacji z NFOŚiGW usunęliśmy czeremchę, zaś koszenie ograniczyło wzrost nawłoci. Dodatkowo podniesienie poziomu wody w podmokłości jeziora zamieniło przybrzeżną łąkę w ptasi raj. Pierwsze osiedliły się czajcze rodziny i kilkanaście par gęsi gęgawych. W miarę postępu wiosny licznie pojawiły się bekasy kszyki, brodźce śniade i samotne, dubelty, bataliony, łęczaki, pliszki żółte i kilka innych zagrożonych gatunków.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny element, łąka sąsiaduje z drogą dostępną dla turystów i różnych ptakolubów. Pień starej topoli leżący na poboczu osłania obserwatorów przed wzrokiem ptaków. Bez problemu, przy użyciu lornetki o przeciętnych parametrach można wygodnie obserwować ptaki w ich siedlisku. Czarnobiałe ruchliwe, hałaśliwe czajki są niekwestionowanymi gwiazdami ptasiego spektaklu. Jeśli wypatrzymy czajki wysiadujące jaja na gniazdach lub żerujące na ziemi z pewnością zauważymy że ich pióra pokryte są metalicznym nalotem różnych kolorów. Czarne pokrywy skrzydeł lśnią rdzawą czerwienią, błękitem, zielenią czy odcieniami fioletu. Głowy dojrzałych osobników zdobią nieco groteskowe, wiotkie  czubki.

 

Czajka, portret oficjalny. Foto: Przemysław Wójcik

 

Po okresie lęgowym, czajki rozproszą się koczując w małych, pewnie rodzinnych grupkach, dopiero pod koniec lata pojawią się w rezerwacie wielkie stada sposobiące się do migracji na zimowiska.  Wiele wskazuje że czajki wróciły na swoje tradycyjne siedliska i ponownie zasiedliły miejsca o historycznych nazwach: Czajcze Bagno, Czajcza Łąka. Czy sięgając głębiej w historię: Kiebitz Bruch lub Kiebitz Wise.

KO

kulik wielki

Migracje
„Ja wiem, że nic nie wiem” - te słowa wypowiedział Sokrates ponad 2500 lat temu i aż wierzyć się nie chce, że przez ten czas zupełnie nie straciły swojego znaczenia. Dotychczas byłem święcie przekonany, że wiem sporo na temat biologii i migracji największej, europejskiej siewki czyli kulika wielkiego, jednak sprawdzone w kilku niezależnych źródłach informacje dotyczące zimowania tego gatunku pozbawiły mnie złudzeń. Podobnie jak rzekoma niezależność źródeł; te same zwroty, podobnie sformułowane myśli, identyczne liczby świadczą, że ich autorzy „zżynają” jeden od drugiego często bezkrytycznie…, Sokrates znowu miał rację.
Weźmy pod uwagę na przykład zimowiska gatunku obejmujące tereny od południowej Islandii przez Wyspy Brytyjskie, wybrzeża Morza Śródziemnego, Bliski Wschód aż po zachodnie skraje Półwyspu Indyjskiego. Budzą one podejrzenie powielania danych systemem „kopiuj, wklej”. Wybitnie rozległe tereny obejmują różne strefy klimatyczne, od subarktycznych wybrzeży, przez suche jak pieprz pustynie, po mokre lasy monsunowe. Takich różnorodnych zimowisk nie ma żaden inny europejski gatunek, a jeszcze na dodatek istnieją populacje, które nie migrują. Są to głównie kuliki zamieszkujące Wyspy Brytyjskie. Narzuca się pytanie skąd przylatują kuliki zimujące na Islandii? I drugie, czym się tam żywią w zimie? Zaśnieżone równiny i strome skaliste klify nad oceanem w żaden sposób nie kojarzą się z miejscem, gdzie może przetrwać kulik, wulkaniczne utwory górskie też są mało życzliwe dla zimującego ptaka. Zimujący tu kulik musi przelecieć w jedną stronę nie mniej niż 900 kilometrów nad burzliwym, północnym Atlantykiem co stanowi dla niego ogromny wydatek energetyczny. Na zimowej Islandii szanse na odbudowanie potencjału są znikome.
Typowe wybrzeże południowej Islandii w zimie. Foto: Kazimierz Olszanowski
Europejskie ptaki przed nastaniem zimy migrują ku cieplejszym strefom gdzie mają więcej szans na zdobycie pożywienia, kulik wg licznych źródeł czyni odwrotnie. Sokrates nic nie wiedział o Islandii, a już z pewnością nie znał faktu, że zimowy dzień trwa tam tylko kilka godzin co ogranicza czas żerowania ptaków. Gdyby żył współcześnie to jakby zmodyfikował swoje słynne powiedzenie?
Podgatunek europejski ( N.a. arquata ) zamieszkuje znaczną część kontynentu od Pirenejów po Ural, jednak bez skrajnie północnych i południowych terenów. Należy też wyłączyć wysokie góry, zwarte lasy i obszary zurbanizowane. Czyli tak naprawdę potencjalnie pozostają dobrze nawodnione, większe łąki w dolinach rzek. Na wschód od Uralu lęgnie się podgatunek wschodni ( N.a. orientalis ) migrujący na wschodnie wybrzeża Azji a nawet na Wyspy Sundajskie.
Kulik w locie. Foto: Lech Karauda
Wymienione wyżej osiągnięcia turystyczne obydwu podgatunków bledną w porównaniu z wędrówkami ich kuzyna kulika mniejszego (Numenius phaeopus). Ten zawzięty włóczęga, kilkoma podgatunkami zasiedla północne strefy Azji, Europy i Ameryki Północnej. Zimuje na wszystkich kontynentach półkuli północnej, nawet w Afryce. Zasięg zimowisk obejmuje też północną część Ameryki Południowej.
Opowieść o ptaku mimo woli przekształciła się w opowieść o geografii. Kulik wielki, gatunek obiektywnie mówiąc, dość nieliczny gniazduje i zimuje ponoć w tylu miejscach, że aż zmusza do powątpiewania w aktualność i prawdziwość cytowanych informacji. Stary Sokrates w Hadesie śmieje się w kułak.
Kulik w Polsce
W Polsce kulik mniejszy obserwowany jest tylko na przelotach, natomiast gniazduje u nas wyłącznie podgatunek europejski kulika wielkiego. W ostatnich latach naliczono w Polsce ( 2014 rok ) tylko 150 - 250 par. Wcześniejsze o kilka lat dane podają wartości 600 - 750 par. Tak duża różnica wynika pewnie po części ze sposobu liczenia, a po części z dramatycznego spadku liczebności populacji. Z tak zwanej „ostrożności procesowej” oraz informacji o powtarzającym się braku sukcesu lęgowego u wielu par, osobiście optuję za dolną granicą liczebności, czyli około 150 par. W tym zdecydowanie największa populacja około 100 par zamieszkuje bagniste łąki nad Biebrzą i Bzurą (w 2014 roku naliczono tam już tylko ok 40 par). Po kilka par żyje na Lubelszczyźnie oraz w widłach Wisły i Sanu, pozostałe w niewielkich, efemerycznych subpopulacjach w dużym rozproszeniu. Na całym Pomorzu, Warmii i Mazurach gdzie nie brakuje odpowiednich łąk, wskazywana jest znikoma liczba par nad Dolną Odrą i nad jeziorem Miedwie. Wiele wskazuje że są to już dane historyczne.
Wygląd
Wypada przedstawić naszego bohatera, zdjęcie poniżej prezentuje ptaka wielkości dużej wrony a nawet małego kruka, jednak bardziej subtelnie zbudowanego i ubarwionego. Porównanie z roślinnością łąkową ( połowa maja) zwłaszcza z wysokością kwitnącego mniszka potwierdza to doskonale. Łąkowa ruń maskuje stosunkowo długie nogi, typowe dla większości gatunków siewek. Cechą charakterystyczną jest smukły, długi do kilkunastu centymetrów, lekko wygięty dziób, precyzyjne wręcz chirurgiczne narzędzie służące do wydobywania pożywienia; drobnych bezkręgowców, z gleby, płytkiej wody czy kryjących się między roślinami.
Kulik wielki. Foto: Przemysław Wójcik
Zagrożenia
Najważniejszym zagrożeniem dla awifauny łąkowej, w tym kulików, jest działalność ludzka: bezpośrednia i pośrednia. Działalność bezpośrednia przejawia się w zbyt wczesnym wykaszaniem łąk, jeszcze w sezonie lęgowym, lub w okresie wodzenia piskląt. Niegdyś wykaszanie łąk ręczną kosą odbywało się powoli i pozwalało na ucieczkę nawet jednodniowym pisklaczkom. Obecnie szybko poruszające się kosiarki nie dają im szansy na schronienie się w bezpiecznym miejscu i przetrwanie krytycznego momentu. Bardzo modne, bo poparte instrumentami finansowymi, ekstensywne użytkowanie łąk zakazuje stosowania zbyt wczesnych terminów prac. Koszenie można rozpocząć dopiero od pierwszego lipca, dając wtedy szanse na przetrwanie młodego pokolenia ptaków łąkowych. Ponadto zaleca się koszenie „od środka” co ułatwia ucieczkę nielotnych młodych poza granicę wykaszanej działki. Na Pomorzu Zachodnim te zasady są pilnie przestrzegane, ale jak sprawa wygląda w pozostałej części kraju, nie wiem, przecież nikt nie chwali się notorycznym łamaniem przepisów, a ja nie zamierzam powtarzać plotek choć widywałem już łąki wykaszane w początkach czerwca.
Pośrednio zawinioną przez człowieka przyczyną spadku liczebności kulika i innych zwierząt jest wzmożone drapieżnictwo. Oprócz naszych rodzimych drapieżników lisów i dzików bytujących tu od tysiącleci sprowadzono do Europy jenoty i norki amerykańskie. To głównie one dokonują rzezi piskląt i zniszczenia lęgów. Dowodem może być sytuacja zaistniała na łąkach w okolicy wsi Grunewald kilka kilometrów za niemiecką granicą. Stwierdzono tam w kwietniu ubiegłego roku (2016) obecność pięciu par kulików, które przystąpiły do lęgów. Kontrola w drugiej połowie maja wykazała, że wszystkie lęgi zostały zniszczone przez drapieżniki.
Kuliki nad Świdwiem
Kuliki na świdwiańskich łąkach pojawiły się dopiero kilka lat temu, wcześniej nie były podawane z tego terenu. Skąd mogły się wziąć? Wiele wskazuje, że są to emigranci z pobliskiej, niemieckiej wyspy Riether Werder położonej na Jeziorze Nowowarpieńskim przy samej granicy państwa. Cała wyspa jest rezerwatem przyrody. Już od kilkunastu lat kuliki wielkie cieszą się tu wysokim sukcesem lęgowym. Do takiego efektu niewątpliwie przyczynili się opiekunowie rezerwatu starannie eksterminując czworonożne drapieżniki. Niewielka powierzchnia wyspy ogranicza dalszy rozwój ilościowy. Młode ptaki muszą znaleźć sobie nowy „Lebensraum”. Już próbowały skolonizować łąki w pobliżu wsi Grunewald, tam niestety wszystkie lęgi zostały zniszczone przez drapieżne ssaki. W bieżącym roku w rezerwacie Świdwie stwierdzono typowe zachowania w okresie toków i pewne gniazdowanie kulików.  Trzeba mieć nadzieję, że gniazda lub młode nie padną łupem lisa, norki czy jenota. W tym przypadku objawił się sojusznik kulików, czyli wataha wilków. One nie znoszą konkurencji i w miarę możliwości pilnie likwidują psowatych kuzynów. Od kilku lat obserwujemy znaczny spadek ilości lisów i jenotów. Dziki też przestały panoszyć się w biały dzień na otwartej przestrzeni. Na czarnej liście pozostały norki amerykańskie, wróg nr 1 Krzysztofa, który przygotowuje wielką akcję odwetową. Oby nie była to działalność w stylu don Kichote de La Mancha. Nawet jeśli wytępimy norki w rezerwacie i najbliższym sąsiedztwie tylko kwestią czasu będzie ponowne zasiedlenie naszych terenów. Może jednak w tym czasie kuliki wystarczająco rozmnożą się na naszych łąkach.
KO

Wodniczka

Niewielki ptaszek, w ostatnich dwóch, trzech dziesięcioleciach zrobił oszałamiającą karierę jako gwiazda medialna, stał się ikoną ochrony przyrody. W latach dziewięćdziesiątych dość przypadkiem odkryto sporą populację wodniczek na Karsiborskich Łąkach. A co było wcześniej?. Po II wojnie światowej mimo licznych badań, nikt nie podawał obecności tego gatunku w szeroko pojętym estuarium Odry. Trzeba było sięgnąć głębiej, tu niezastąpionym źródłem są prace Paula Robiena ( Paula Ruthke ).

Zacytuję fragment; Paul Ruthke „Die Brutvogel des Monnegebietes im pommerschen Oderdelta” . Herausgeber: Dr. Herbert Bruns und Dr. Otto Niebur. 1951 w tłumaczeniu Joanny Behrendt.

Acrocephalus paludicola jest ptakiem charakterystycznym dla rozległych porośniętych turzycą łąk całej Doliny Odry. Z każdego wyłaniającego się z morza traw źdźbła, z każdej byliny, godzinami rozlega się po tych terenach jednostajny, wibrujący śpiew samczyków, tak różny od urozmaiconego śpiewu rokitniczki. Jednakże trzepoczący wiosenny lot tokowy rokitniczki jest również udziałem tego ptaka. Podczas gdy na terenie wyspy Mienia gatunek ten ogranicza się jedynie do niewielu łąk turzycowych, zwłaszcza Łąki Mieleńskiej, na terenie Doliny Odry na południe od Szczecina wodniczka występuje miejscami znacznie częściej niż rokitniczka. Natomiast na terenach porośniętych zaroślami jest częściej spotykana. Jednak jeśli na otwartej przestrzeni zbliżymy się do śpiewającej wodniczki, od razu znika bez śladu w morzu turzyc. Na skutek swojego trybu życia, bardziej skrytego niż w przypadku rokitniczki, niektóre aspekty jej okresu lęgowego pozostają dla nas nieznane. Gniazda znaleźć można jedynie przypadkowo. Budowane są wśród turzyc i są nie do odróżnienia od małych gniazd rokitniczki. Nie mogliśmy również z całą pewnością rozróżnić jej jaj. Liczebność wodniczki zdaje się w ostatnich latach wahać. Szczególnie często występowała w latach 1927, 1931 i 1934. Od połowy do końca czerwca widuje się gotowe do lotu młode. Natychmiast daje się ponownie zauważyć wzmożona aktywność śpiewacza, co nasuwa przypuszczenie o dwóch lęgach, możliwe, że jedynie częściowych. Bardzo ważne są dalsze badania w tym zakresie!”

Tyle Robien.  Wkrótce na ponad pół wieku  nastąpiła wodniczkowa „czarna dziura” czyli żadnych informacji, nawet pewnie już zapomniano o tym gatunku. Przynajmniej na terenach polskich bo w Europie niewielka populacja była podawana w Szwajcarii. Dopiero przypadkowe odkrycie w Karsiborzu wywołało ogromne zainteresowanie w światku polskich i europejskich „ptakolubów” a co ważniejsze sponsorów nie szczędzących grosza na ochronę ptaszka, który odrodził się jak Feniks z popiołów. VIP-y gromadnie odwiedzały Karsiborską Kępę, nawet głowy prawie koronowane, bo wizytujący rezerwat książę Walii jest dopiero następcą brytyjskiego tronu.

Szum medialny spowodował wręcz lawinowe ekspansywne odkrywanie kolejnych stanowisk rzadkiego ptaszka.  Każdy chciał upiec swoją pieczeń, podłączyć się do strumyka euro, stać się sławnym lub nakarmić lokalny patriotyzm. Ekspansji geograficznej ptaszki dokonały wręcz w wybuchowy sposób. W ciągu kilku lat wodniczka ujawniła się w wielu punktach na obszarze sięgającym Moskwy, Węgier,  południowej Ukrainy i północnej Łotwy. Szacunki mówią o około 20 tysiącach par w skali światowej. W Polsce największe populacje żyją na Bagnach Biebrzańskich, w Dolinie Narwi, Chełmskich Torfowiskach Węglanowych, na terenach Dolnej Odry i wstecznej delty Świny.

Wodniczka. Foto: Clanga

Szok po ponownym odkryciu wodniczki na Karsiborskiej Kępie trwał przez 2-3 lata. Sprawozdania roczne podawały nawet po 260 spiewających samców czyli 3-4 osobniki na hektarze łąki brutto ( z krzakami, wodami, wałami przeciwpowodziowymi itp. ). Wkrótce skorygowano liczebności do poziomu 20 śpiewajacych ptaków, potem już tylko siedmiu i pięciu w kolejnym roku. Od kilku lat nie stwierdzono występowania wodniczki w siedlisku. Zresztą nie tylko na Karsiborskich Łąkach, Niemcy stały się krajem zupełnie bez wodniczki. Na pomorzu zachodnim jedynie kilka śpiewających samców utrzymuje się w turzycowiskach  Bagien Rozwarowskich. Na starych siedliskach trwają poszukiwania.

Poszukiwanie wodniczki. Foto: Kazimierz Olszanowski

Nie sposób stwierdzić czy wodniczaka na zachodnich skrajach występowania zanika z przyczyn naturalnych czy może szkodzi jej zbytnie zainteresowanie „wodniczkologów”. Lokalni specjaliści od wodniczki mogą wyginąć podobnie jak ptak tylko że z braku zajęcia i kasy. Wymyślono nową strategię; „ na Bagnach Biebrzańskich” odłowi się z pięćdziesiąt ptaków i wypuści w Karsiborzu”. Wspaniały pomysł potraktowania żywych ptaków jak martwe przedmioty budzi zastrzeżenia etyczne spowodowane obawami o los ptaków. Bo co się stanie jeśli okaże się że populacja biebrzańska różni się genetycznie lub od pokoleń odlatuje na zimowiska inną trasą niż ptaki z Delty Odry. Co zrobią przymusowi imigranci z Biebrzy, czy mają szansę przeżyć?.

Migracja

O migracjach wodniczek wiemy bardzo niewiele. Dopiero od niedawna dzięki chipom, w które zaopatrzono kilkanaście osobników i śledzeniu ich ruchów przez urządzenia satelitarne mamy jeszcze wprawdzie dość niejasny pogląd na trasy wędrówek tego gatunku. Owa niejasność wynika z faktu że odzyskano tylko jeden chip a jak wiadomo jedna jaskółka wiosny nie czyni. Na podstawie badań, w tym trasy zapisanej w urządzeniu uznano że wodniczki z Europy środkowej i wschodniej, różnymi szlakami przez Niemcy, Belgię, Holandię, Francję i Gibraltar odlatują do zachodniej Afryki gdzie zatrzymują się dłużej, zimując na terenie Senegalu. Ostatnie badania wykazały że przynajmniej część, w drodze powrotnej przelatuje w poprzek Afrykę subsaharyjską i przez Bałkany powraca na tereny lęgowe. Jak na niewielkiego ptaszka pokonuje całkiem sporą trasę okrężną, prawdopodobnie odwiedzając kolejno miejsca zasobne w pokarm; drobne owady. Kilku badaczy twierdzi że, niektóre populacje w obydwie strony przelatują nad Bosforem.

Rodzi się pytanie co z pozostałymi ptakami obarczonymi plecakami z chipami i zmuszonymi do pokonania dalekiej, trudnej drogi z dodatkowym obciążeniem. Ciężar i znacznie zwiększony opór powietrza w czasie lotu mogły spowodować że większość ptaków nie doleciała do celu.

Całą wodniczkową aferę mimo woli zapoczątkował prawie sto lat temu Paul Robien. Tylko że on miał zupełnie inne motywacje i nie szkodził zwierzętom, pewnie dlatego zasłużenie przeszedł do historii.

Paul Robien (  Paul Ruthke) ( 1882-1945 )

Urodzony w Bobolicach na Pomorzu, pierwsze kilkanaście lat życia spędził na ustawicznej gonitwie za chlebem, imając się przeróżnych prac, nawet żebrząc w czasie włóczęgi po Europie. Kolejne lata pływał jako palacz lub marynarz na niemieckich statkach. Przed 1912 rokiem powrócił na Pomorze i osiedlił się w Szczecinie. Pracował w muzeum badając i preparując ptaki. Po I wojnie światowej osiadł na wyspie Zoll Werder ( Sadlińskie Łęgi ), początkowo bytując na łodzi nieco przystosowanej do zamieszkania a następnie w specjalnie wybudowanej przez miasto Szczecin stacji ornitologicznej. Traktując stację jako bazę wypadową organizował wyprawy w atrakcyjne przyrodniczo tereny, samotnie lub z grupą wolontariuszy przemierzał Meklemburgię i Pomorze Zachodnie, badając ornitofaunę. Również stacja była często odwiedzana przez ornitologów lub ludzi zainteresowanych ptakami.

Początek XX wieku to czasy kiedy jeszcze kwitł proceder nazywany myślistwem sportowym. Kilku „sportowców” wsiadało w bryczkę i jadąc po plaży strzelało do wszystkiego co mogło fruwać. Wygrywał ten, który miał na koncie najwięcej zastrzelonych ptaków, głównie mew.

W swoich publikacjach Robien przeciwstawiał się ostro takiemu i podobnym procederom. Uważał że każde stworzenie ma prawo do życia, że człowiek jest tylko częścią przyrody i nie powinien jej bezmyślnie niszczyć. Musiały minąć trzy pokolenia by idee Robiena znalazły uznanie u współczesnych. Teraz już wszyscy mówią o zrównoważonym rozwoju, lecz mało kto wie co to naprawdę znaczy.

Paul Robien przeżył wojnę na swojej wyspie. W grudniu 1945 roku jeden z polskich rybaków mieszkających w Dąbiu, znalazł zwłoki Robiena i jego żony Ewy, w pobliżu stacji. Prawdopodobnie zostali oboje zamordowani przez radzieckich marynarzy pilnujących lotniskowca „Graf Zeppelin”, który miał być niedaleko zakotwiczony. To jest wersja w miarę oficjalna, nie uwzględniająca faktu że Rosjanie podnieśli  wrak okrętu dopiero w maju 1946 roku czyli pół roku po śmierci Robiena i Ewy Widhorn. Miejscem zatopienia lotniskowca były okolice Stoczni Remontowej „Gryfia” odległe o 9 kilometrów od domu Robienów.

Jeśli prawdą są informacje że Robien odważył się napisać w czasie I wojny listy do kaisera z propozycją abdykacji a tym samym przerwania bezsensownej rzezi wojennej, oraz w czasie kolejnej wojny do Goeringa z żądaniem likwidacji bazy wodnosamolotów na jeziorze Dąbie, bo samoloty płoszą ptaki, możemy domniemać że był człowiekiem prawym, odważnym, bezkompromisowym choć może nieco naiwnym. Obecnie został uznany ojcem duchowym niemieckich „Zielonych”.

Drugiego sierpnia bieżącego roku gościł nad Świdwiem pan Hartwig Ruthke wnuk Paula Robiena. Księgozbiór Świdwia wzbogacił się dzięki tej wizycie o dzieło jego autorstwa:

Paul Robien 1882 - 1945

Paul Ruthke  1908 - 1981

wydanego z okazji setnej rocznicy powołania stacji ornitologicznej na wypie Mienia.

KO

Gągoł

Na stronie internetowej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Szczecinie opublikowano informację o budowie domków lęgowych dla gągołów. Jeszcze sami na Świdwiu nie przeczytaliśmy notatki a już rozdzwonił się telefon i posypały się pytania. Co to jest ten gągoł?, dlaczego właśnie tam rozwiesza się budki?, itp. Poniżej próba odpowiedzi na pytania.

Gągoł ( Bucephala clangula )

Jak u wszystkich kaczek występuje silny dyformizm płciowy, samce są kontrastowo czarnobiałe, można je łatwo rozpoznać w locie po świszczącym dźwięku wydawanym przez szybko trzepoczące skrzydła. Na wodzie cechą różniącą je od innych czarnobiałych kaczek jest „dwa numery za duża” ciemna głowa. Samice noszą ciemnoszarą szatę zdecydowanie stonowaną w jarzębaty wzorek.

Gągoły odżywiają się przedstawicielami frutti di mare ale też nie gardzą miękkimi nasionami roślin wodnych. Może i nawet gardzą, ale przy niedoborze lub braku białka zwierzęcego trzeba przejść chwilowo na dietę wegetariańską.

Zachowania lęgowe u gągołów zaczynają się już późną jesienią. Wtedy na Świdwiu obserwujemy stadka kilku samców emablujących pojedynczą samicę. Samce prezentują nienaganny strój i taneczne ruchy. Podobne zachowania obserwujemy również wiosną co sugeruje że panie tego gatunku są wybredne a może tylko udają nieprzystępne. Jak samica już w końcu wybierze najlepszego kandydata to i tak na skonsumowanie związku pozwoli dopiero wiosną.

 Para w czasie toków. Tu samica „podrywa” samca. Foto: Lech Karauda

Podobno pary żyją w monogamii czemu jednak zaprzeczają częste krzyżówki międzygatunkowe z bielaczkiem. Samce tego gatunku też pysznią się kontrastowym czarnobiałym ubarwieniem stąd samice gągołów pewnie nie potrafią lub może nie chcą zauważyć różnicy. Ciekawość jest pierwszym krokiem do zdrady.

Gągoły jak na nurkujące kaczki grążyce gniazdują bardzo oryginalnie, wysoko na drzewach w dziuplach opuszczonych przez dzięcioły czarne. Nie jest takie pewne czy dzięcioły wyprowadziły się bez nacisku a nawet przymusu ze strony kaczek. Ornitolodzy wspominają o: „ fakultatywnym pasożytnictwie lęgowym...” co po przetłumaczeniu na język polski sugeruje że gągoł potrafi brutalnie wyrzucić dzięcioła z zajmowanej dziupli. Gniazdo wyściełane jest drobnymi, miękkimi trocinkami i delikatnym puchem. Samica gągoła składa do 10 jaj wysiadywanych około miesiąca. Wysiadująca samica od czasu do czasu musi pozostawić lęg i polecieć na żerowisko. Jajka na czas nieobecności przykrywa wyściółką gniazda. Powrót bywa dramatyczny, obserwowaliśmy jak bidula nie trafiła w dziuplę. Szybko lecący ptak uderzył w pień drzewa i oszołomiony spadł na ziemię. Dopiero po upływie pół godziny ponowił próbę. Tym razem na szczęście udaną.

 

Samica gągoła. Foto: Cezary Korkosz

Młode w dzień, dwa po wykluciu opuszczają gniazdo i wabione przez matkę wyskakują na ziemię nawet z kilkunastu metrów. Jak tylko malutkie puchate kłębuszki pozbierają się po pierwszym, pionowym locie matka wiedzie je do najbliższego zbiornika wodnego. Tam już malutkie pisklaczki same zdobywają pokarm, matka do czasu osiągnięcia lotności przez młode ( około dwóch miesięcy ) jeszcze strzeże potomstwa. O roli samców w wychowaniu młodych historia dyplomatycznie milczy. Nic nie wiemy też jak wychowywane są międzygatunkowe hybrydy z bielaczkiem. Na szczęście ten gatunek prezentuje zachowania lęgowe prawie identyczne z gągołem. Też gniazduje w dziuplach i młode też w pierwszych dniach życia bawią się w spadochroniarzy. Ciekawe czy będą zachowywać się jak gągoły czy jak bielaczki. Jest prawie pewne że nie przekażą swoich genów kolejnemu pokoleniu. Nigdzie nie stwierdzono istnienia i rozwoju trwałej populacji gągołobielaczków czy bielaczkogągołów.

 

Samica z młodymi. Foto: Cezary Korkosz

Zaprzyjaźniony, niemiecki ornitolog opowiadał o samicy gągoła, która przez kilka lat gniazdowała w jakimś zakamarku jednej z wież słynnej katedry w Kolonii. Spektakl wyskakiwania młodych oglądało czasem kilkanaście tysięcy osób specjalnie wyczekujących tej scenki. Młode po udanym lądowaniu, pod osłoną kordonu policji wędrowały ulicami miasta do Renu.

Obserwowano kiedyś ciekawe zdarzenie, na małym śródleśnym jeziorku spotkały się dwie samice z młodymi i rozgorzała zacięta wojna o terytorium. Gdy jedna z samic zginęła skutkiem bezlitosnych szykan, ta druga jak własna matka zajęła się osieroconymi pisklętami. Zdarza się że w jednej dziupli składają jaja dwie samice. Nasuwa się pytanie; jak dzielą się obowiązkami rodzicielskimi i czy też dochodzi do wojny w domu i na żerowisku. Młode w takim zniesieniu wykluwają się w dwóch grupach. Jedna z samic zapewne opuści gniazdo z pierwszymi wyklutymi pisklętami. Tu można obserwować mechanizm działań instynktownych. Samica siedząca na ziemi wabi pisklęta . One wspinają się po ściankach głębokiej często na dwa metry dziupli i wyskakują. Jak mimo wabienia pisklęta już nie skaczą samica traktuje to jak koniec zabawy i wyrusza do najbliższego jeziora lub rzeki. Jeśli w gnieździe pozostaną jacyś spóźnialscy zginą bez matczynej pomocy.

Druga samica pewnie kontynuuje wysiadywanie reszty jaj. Na pytanie czy aby każda wychowuje swoje dzieci odpowiedzi nie znamy. Ptaki jak sądzę też.

W Polsce gągoł jest nielicznym ptakiem lęgowym, zasiedla głównie pas pojezierzy. Głównymi zagrożeniami są; likwidacja dziuplastych drzew i postępująca eutrofizacja wielu jezior. W mętnej wodzie ptaki nie widzą pokarmu. Jako gatunek zagrożony gągoł wymaga pomocy ze strony ludzi czyli tak zwanej czynnej ochrony. By dać szansę przetrwania pięknym, ciekawym ptakom trzeba zapewnić im miejsce na gniazdo i dostęp do pokarmu. Czyste „młode” polodowcowe, ukryte w lasach lobeliowe jeziora zapewniają wystarczającą ilość dostępnego pokarmu dla gągołów, stwierdzono jedynie niedobór miejsc na lokale mieszkalne. Ten typ jezior napotykamy najczęściej we wschodniej części naszego województwa.

Już ponad dwadzieścia lat temu Zachodniopomorskie Towarzystwo Ornitologiczne rozmieściło kilkadziesiąt domków lęgowych ( sztucznych dziupli ) na terenie województwa. W tym kilkanaście w okolicy Świdwia. Akcja zakończyła się sukcesem, kilka z nich zajęły gągoły, w większości pozostałych osiedliły się inne gatunki ptaków.

KO



Ptasie imperium

blisko Szczecina

Mapa dojazdu

Kontakt

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Szczecinie, Ośrodek Dydaktyczno Muzealny Świdwie.

Swidwie, Zachodniopomorskie, 71-004, Polska.

Tel. 91-420-21-99

Kazimierz Olszanowski

[email protected]

tel 607 143 831

Krzysztof Adamczak

[email protected]

tel 519 596 730

Adres do korespondencji:
Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Szczecinie
ul. Teofila Firlika 20    71-637 Szczecin